Fatalnie, po prostu fatalnie. Na studiach robi się gorąco, a ja dalej nie potrafię się za nic zabrać. Z reszta studia to najmniejszy problem. Tak sobie czekam na jakieś wydarzenie, jakąś zmianę, która pozwoli zaczerpnąć tchu i ruszyć z miejsca. Sam już nie potrafię być źródłem zmian. Wszystko jest oczywiście kwestią czasu i być może jest sprawą tygodni jakaś nawet drobna poprawa, niestety, życie nie czeka z wymaganiami na czas kiedy możemy je spełnić. Właściwie to nic ani nikt nie czeka z wymaganiami. Zawsze żądają od nas teraz, na teraz, na najbliższy czas. Tak jakby "tu i teraz" było ważniejsze od tego "tam i wtedy", które ma nadejść.. Hm... pewnie nawet jest ważniejsze, ale nie dla mnie. Dzisiaj jest stracone, liczy się jutro(lepsze jakieś bliżej nieokreślone jutro niż nic). Jednak lepsze, nie znaczy dobre, a ja nie uważam, że należy rezygnować z "dobra" "tylko" dlatego, że jest ono chwilowo nieosiągalne. Z czegoś jednak zrezygnować trzeba, gdy nie można utrzymać wszystkich frontów - no i padło na dzisiaj. A co należy zrobić, gdy przyjdzie czas poddania ostatniego frontu? Rozpocząć walkę partyzancką oczywiście ;).
Tyle jeśli chodzi o wydumane analogie, a mnie tak naprawdę nurtują dwa pytania: jak żyć i co robić? Co zrobić w ciągu nadchodzącej godziny aby to zbliżające się jutro nie stało się tym nieszczęsnym "dzisiaj", dla którego nie ma nadzie? Ja nie wiem, chociaż rozsądnym wydaje mi się poświęcenie tej godziny na szukanie odpowiedzi.
komentarze (0) | dodaj komentarz