a jak już to bardzo rzadko. Nawet nie muszę tego nigdzie zapisywać, żeby stale o tym pamiętać - każdy dzień mi o tym przypomina.
Czekając na cud popijam sobie piwo. Od dość dawna twierdzę, że lepiej na czworaka i z wielkimi trudnościami wejść do łóżka, niż wyprostowanym wspiąć się na parapet okna jakiegoś wysokiego budynku. Mimo wszystko wolałbym, żeby tak nie było. Staram się, nie poddaję się, próbuję po raz n-ty z uporem maniaka przezwyciężyć to wszystko, ten cały bezsens, gorycz, smutek... . Nie udaje się, ale to nic nie znaczy bo i tak nie mam wyboru, żadnej konstruktywnej alternatywy. Jutro nowy dzień - nowe zmagania.
Dziś miała miejsce kolejna porażka. Kolejna dotkliwa porażka. Kiedyś miałem nadzieję, że można się do tego przyzwyczaić. Ale się nie da. Porażka jest porażką i to, że się jej spodziewałem nic nie zmienia.
Ha! W trakcie pisanie tego posta dostałem wiadomość. Wątpiłem w swój los, a oto mam niezaprzeczalny dowód, że jestem dzieckiem szczęścia. Gdybym otrzymał tę wiadomość dwie godziny temu polałyby się łzy. Ale nie teraz - w tej chwili mniej mnie to rusza - teraz tylko pociągam kolejny łyk bursztynowego zapomnienia. A więc zdarzył się cud! Dokłanie taki na jaki zasługuję.
Juto będę miał lepszy dzień, bo musiałbym się naprawdę mocno starać, żeby uzyskać chociaż w połowie tak fatalny jak dzisiejszy. I tym optymistycznym akcentem...
Dobranoc wszystkim. Do jutra.
komentarze (3) | dodaj komentarz